Seleccionar página
Są takie miejsca, o których żadną siłą nie da się zapomnieć. Takim miejscem jest dla mnie  górzysty i melancholijny rejon Las Hurdes w północnej Ekstremadurze (zobacz mapę). Nie ma tu kanibali, ludzi z dwoma głowami, ani UFO.  Nie ma człowieka – kozy, który ostrymi rogami zabija pasterzy. Nie ma glinianych domów bez okien, w których  ludzie gnieździliby się ze zwierzętami. Mieszkańcy nie chowają się w domach przed coraz liczniej przybywającymi turystami. Aż trudno uwierzyć, ale w samym sercu Hiszpanii jest takie miejsce, któremu jeszcze kilkadziesiąt lat temu przypisywało się wszystkie te cechy i zjawiska.
 Spodobał mi się miejscowy sposób suszenia skarpetek:)
Wielu turystów przyjeżdża tutaj, by zmierzyć się z “czarną” legendą  Las Hurdes oraz by na własne oczy zobaczyć skrawek ziemi cieszący się opinią zapomnianego przez świat. Jeszcze sto lat temu nie istniała tu żadna droga dojazdowa, a Hurdowie – z racji panującej tutaj skrajnej biedy- nie znali nawet smaku chleba.
W Las Hurdes nadal częstszym widokiem jest koń i osiołek niż traktor
Żeby stwierdzić, że jestem już blisko celu nie potrzebowałam nawet GPS. Płaskie pola z drzewami oliwnymi zastąpiły strome wzgórza, a komórka straciła zasięg. To niechybny znak, że dostarłam w okolice Las Hurdes.

Najbardziej charakterystycznym widokiem Las Hurdes są maleńkie wioski, które niemal wbrew prawom fizyki- “zawieszone” są na górskich zboczach. Praktycznie w całości zrobione są z czarnego łupku –  materiału którego w okolicy jest pod dostatkiem.W porównaniu z oślepiającą bielą andaluzyjskich domów, widok “czarnych” wsi Las Hurdes jest dość przygnębiający.

Przez kilkanaście dobrych minut nie mijam się na trasie z żadnym innym samochodem. Jak się okazało, najpierw przyjdzie mi zrobić slalom między…kozami. Dość niespodziewanie zza zakrętu pojawił się na głównej drodze pasterz ze sporą grupką rozbeczanych zwierzaków.

Trochę z ciekawości, a trochę z kurtuazji (żeby zapytać się, czy mogę nakręcić filmik i porobić zdjęcia) zatrzymałam się na pogawędkę z pasterzem – starszym jegomościem o ogorzałej od słońca twarzy. On też wskazał mi drogę do poszukiwanej przeze mnie najbliższej wioski –  Oveuela. Poprosił też o 1 euro za zrobione zdjęcia, co w Hiszpanii zdarzyło mi się po raz pierwszy.

W końcu docieram do celu, “czarnej” wioski Ovejuela. Z pozoru – całkiem zwykłe miejsce, nie licząc faktu że po raz pierwszy poczułam się “obserwowana”. Nie wiem dlaczego, ale w każdej wiosce Las Hurdes było to samo: mieszkańcy patrzą się na przyjezdnych: w milczeniu, skupieniu, bez żadnej reakcji na twarzach. Było to dość dziwne uczucie.

No to idę w górę, by poznać wioskę.

Najpierw poczułam zapach. Dopiero potem usłyszałam dzwoneczki. Znów na mojej trasie pojawiły się kozy.
Słyszałam co prawda o tym, że w Las Hurdes kozy nadal czasem mieszkają w domach z ludźmi, ale nie wierzyłam póki nie zobaczyłam. A jednak…Tak na marginesie, strasznie im się spodobało pozowanie do zdjęć.

Chwilkę później, z tego samego domu wyszła starsza pani z koźlątkiem w dłoniach. Usiadła na ganku, wyciągnęła butelkę z mlekiem i zaczęła je karmić.

Pojawiła się więc okazja, by porozmawiać  i dowiedzieć się nieco więcej o wiosce i rejonie Las Hurdes. Nie wypadało jednak zapytać o legendy krążące wokół tego miejsca, tym bardziej że Ovejuela rzeczywiście sprawiała wrażenie miejsca jakby z innej epoki. Gdy starsza pani opowiadała o swoim życiu, raz po  raz mijali nas panowie w towarzystwie objuczonych osiołków.
W 1907 r. zanotowano tutaj jeden z pierwszych w Hiszpanii przypadków pojawienia się UFO (?!). Podczas gdy Las Hurdes trafiło sto lat temu do hiszpańskiego Archiwum X, dla mnie jest to przede wszystkim miejsce pełne tajemniczego uroku, swego rodzaju spacer w głąb przeszłości i spotkanie z dziewiczą przyrodą.
Tę atmosferę chciałabym Wam przekazać w nakręconym przeze mnie filmiku.
Zapraszam! (włączcie głośniki!)