Seleccionar página
Coś dla ciała i coś dla ducha. Tak mniej więcej podsumowałabym drugi dzień wyprawy po Galicji. Dziś będzie o klasztorach, wąwozach, starych winnicach i…kąpieli na świeżym powietrzu w termach o temperaturze 42ºC. Podobno w Galicji znajduje się najwięcej w Hiszpanii średniowiecznych (i nie tylko) klasztorów. Fakt, w Andaluzji nie widziałam ani jednego, a tu…już pięć! Ich szlakiem ruszyliśmy drugiego dnia podróży. A zaczęło się od…zgubienia się w jesiennych, opustoszałych i jakby nie z tej epoki wioskach Galicji. GPS zastrajkował, oznakowanie drogi było liche, więc pierwsze dwie godziny poszły na straty. Na szczęście były to złe dobrego początki:)

Kiedy tak kluczyliśmy po galicyjskich bezdrożach, mijaliśmy kamienne, ledwo trzymające się domy, raz po raz pasące się krowy i kilku starszych panów, którzy stali gdzieś po środku drogi czekając nie wiadomo na co (pań jakoś nie było widać:))
Jeszcze chyba nigdy wcześniej nie miałam okazji poczuć w Hiszpanii prawdziwej jesieni. Nawet jeśli w Sewilli temperatury spadają w listopadzie do 15C, za oknem nadal widać palmy i kolorowe kwiatki. W Galicji jest inaczej. Jest melancholijnie, nieraz smutno, choć nieraz też wesoło od kolorowych liści.
Raz po raz mijaliśmy winnice, trochę zaniedbane i już niestety bez winogron. Pozostaje tylko kupić w sklepie tutejsze wino. Podobno jest wyborne!
W końcu docieramy na miejsce. Do opuszczonego klasztoru San Pedro da Roca. Pisałam o nim kilka dni temu. Jak do tej pory, to najbardziej niesamowite miejsce, które tu zobaczyłam.
Ruszamy dalej do innego, tym razem dość turystycznego klasztoru zagospodarowanego przez luksusowy hotel: Monasterio Santo Estevo de Ribas de Sil.
Położony na uboczu jest prawdziwą ostoją spokoju. I luksusu. Przez cały czas zastanawiałam się jednak, na ile rentowne może być to miejsce? Budynek jest olbrzymi, ceny jak w centrum Paryża (na tłumy turystów nie ma co liczyć!) i jeszcze na dodatek dość daleko od jakiegokolwiek większego miasteczka. Ale urok to miejsce ma!
Zaledwie 10-15 kilometrów dalej znajduje się porażająco piękny widok na wąwóz rzeki Sil. Na trasie znajduje się kilka punktów widokowych przy których warto się zatrzymać.
W sezonie po rzece pływa katamaran, stanowiąc jedną z największych atrakcji tego rejonu.
Na zakończenie “duchowej” części dnia, jedziemy do kolejnego klasztoru “na galicyjskim końcu świata”- Monasterio de Santa Catalina.
No nie…tutaj albo stare klasztory zostają przekształcone w okropnie drogie hotele, albo…się o nich zapomina (przynajmniej na takie wyglądają, tak jak ten). Monasterio de Santa Cristina to spotkanie z bardzo odległą historią. Pierwsze wzmianki o tym miejscu pochodzą z 969 roku…
W pobliżu klasztoru znajduje się dość niezwykłe drzewo.
Zawieszona jest na nim figurka bodaj świętego Benedykta, a dookoła…długopisy, guziki, papierosy…Niestety nie dotarłam jeszcze do symboliki tego drzewa i składania tu tak dziwacznych przedmiotów (papierosy?!?!)
Opuszczamy w końcu nieco posępne tereny regionu Ribeira Sacra i ruszamy do miasta Ourense- miasta gorących, rzymskich term! Pora na gorrrrrącą kąpiel!
Kiedy dojeżdżamy na miejsce, samochodowy termometr wskazuje 4C. Brr! A termy znajdują się na świeżym powietrzu. Wyjście w stroju kąpielowym na dwór było średnio przyjemne, za to potem….Potem czekała pierwsza z trzech term o temperaturze 42C:))
W tej temperaturze można spędzić maksymalnie kwadrans. Z reszą dłużej byłoby trudno wytrzymać. Niestety by wejść do drugiej, nieco chłodniejszej termy trzeba przejść lodowaty prysznic (inaczej ciśnienie krwi może spaść za bardzo…). Uff! Kolejna terma to już “tylko” 40C….Potem znów prysznic…A potem najprzyjemniejsza terma o 38C. Tu też można zostać jedynie kwadrans i na koniec pozostaje odpoczynek w saunie.