Seleccionar página
Sjesta w Hiszpanii

W letnie andaluzyjskie popołudnie miło jest uciąć sobie krótką drzemkę

Kiedy po raz pierwszy przyjechałam do Andaluzji, siesta wydawała mi się bezsensownym traceniem najlepszej części dnia. Dziś opowiem Wam, dlaczego nie zgadzam się już z moimi dawnymi przekonaniami. I, patrząc na zdjęcie obok, wygląda na to, że nie jestem jedynym obcokrajowcem w Andaluzji, któremu udzielilo się regularne “przymykanie oka” w ciągu dnia.
Co ciekawe, kiedy wracam do Polski, rytuał i chęć spania w południe znika bez śladu. Czyżby jednak winna jest pogoda, a nie południowe lenistwo?

Moja przygoda z Andaluzją zaczęła się w 2005 roku. Był lipiec. Jako, że wylądowałam w nocy, nie miałam okazji poczuć, jak BARDZO było wówczas gorąco. W związku z tym, następnego dnia, koło godziny 13:00 byłam już gotowa do zwiedzania Sewilli. Przyjechałam na dwa tygodnie, nie chciałam więc marnować ani jednej chwili. A tu rozczarowanie. Hiszpańska rodzina, u której się zatrzymałam, zdecydowanie zaprotestowała: “O 13h chcesz zwiedzać miasto? Jest gorąco! Wyjdziemy po sieście”.

Nie chciałam o tym słyszeć. – Siesta jest dla leni, a ja chcę zwiedzać! – myślałam

Gdy jednak o 13:30 wyszliśmy z klimatyzowanego mieszkania na dwór, poczułam buchnięcie upalnego powietrza w twarz, które od razu skojarzyło mi się z wkładaniem dłoni do rozgrzanego piekarnika. Tak przywitała mnie Sewilla. Dwa lata później, moje miasto. Przywitała saharyjskim podmuchem i temperaturą w cieniu sięgającą 45C.

Z tamtego dnia niewiele pamiętam. Ani zachwytu nad katedrą, ani wąskimi uliczkami żydowskiej dzielnicy Santa Cruz. Pamiętam tylko, jak maczałam w fontannie swój kapelusik, marząc o powrocie do domu. Wiem, że bywają bardziej gorące miejsca, ale ten, kto mnie zna, ten wie, z upałami nigdy nie byłam “na ty”. Jakoś się nie lubimy. I chyba nigdy milości nie będzie.
Siesta w Hiszpanii

Gdy jest gorąco lepiej odpocząć w ciągu dnia i nabrać siły na noc, gdy temperatury są bardziej znośne. Fot __olga__(cc)

Kiedy wróciliśmy do domu, postanowiłam schować w kąt wszystkie mądre przewodniki i moją “podróżniczą” dumę, obiecując sobie całkowite poddanie zwyczajom i wskazowkom tubylców. Kto jak kto, ale oni na pewno wiedzą lepiej niż ja-turystka, która naczytała się o architekturze mauretańskiej.

Dzięki poddaniu się tutejszemu rytmowi dnia, dużo lepiej poznałam to miasto, bez zbytecznego pchania się do centrum w samo upalne południe. I zaczęłam praktykowac siestę….Cudowny wynalazek południowców!

Moje wakacyjne dwa tygodnie (nie licząc wypadów poza Sewillę) mniej więcej wygladały tak:
  • pobudka koło 12:00, śniadanie
  • obmyślanie dzisiejszego zwiedzania, basen (tutaj niemal każdy zwykły blok ma swoj basen…)
  • 14:00-15:00 obiad
  • do 18:00 siesta ok. 1-2h + książka, ewentualnie wyjście do baru na mrożoną kawę, basen
  • 22:30, początek dnia! W końcu jest chłodniej (patrz: 30C), można wyjść na miasto. Są tapas (bary pełne tubylców!), jest nocne zwiedzanie miasta, jest chłodne piwko w parku
  • 4:00, powrót do domu, pora spać…
Bywało i poranne zrywanie się z łóżka, żeby przed 12:00 pozwiedzać zabytki, ale tak, by wrócic koniecznie nim na dobre będzie gorąco.
Poobiednia drzemka jest jak najbardziej naturalną reakcją organizmu…Tu, na południu, jest jednak o tyle ważna, że szczególnie w letnie dni, tylko tak na prawdę w nocy jest na tyle przyjemnie, by wyjść na miasto. A siły trzeba mieć, by wytrzymać do 4 nad ranem!

Pracując w Sewilli, oczywiście ciężko jest każdego dnia wytrzymać do tak późna, tym bardziej, że nie można sobie pozwolić na pobudkę w południe. Popołudniowa siesta pozwala jednak na regenerację sił, by choć przez kilka godzin cieszyć się urokami Sewilli nocą…

Wszystkim tym, którzy wybiorą się latem do Sewilli, bądź innego andaluzyjskiego miasta w głębi lądu (nad morzem to już inna bajka…), zalecam po prostu cierpliwość. Nie idźcie na siłę w południe na miasto. Dużo przyjemniej zobaczyć je z rana lub w nocy…A w ciągu dnia, bardzo miło można sobie poleniuchować na basenie, albo posłuchać muzyki w klimatyzowanym barze…