Seleccionar página
Pisanewsewilli

Sierpień był w tym roku w Sewilli jak zwykle bardzo upalny

Uff!!! Jak dobrze, że już skończył się sierpień. Gdybym chodziła jeszcze do szkoły, albo gdybym miała wówczas urlop, to na pewno bym tak nie napisała. W tym roku przyszło mi jednak spędzić niemal cały sierpień w gorącej jak rozgrzana patelnia Sewilli. Cieszę się, że jest już wrzesień, bo w końcu odeszły ponad 40 -sto stopniowe upały, a miasto ponownie zaczyna tętnić życiem. Pora zacząć przegląd miesiąca w oparciu o zdjęcia, które opublikowałam na Instagramie.

Sierpień w Sewilli to specyficzny czas. Mieszkańcy masowo opuszczają mieszkania i przenoszą się do swoich posiadłości na plaży. To tradycyjny w Hiszpanii miesiąc urlopowy oraz, gdy w stolicy Andaluzji jest najgoręcej. 33ºC o drugiej w nocy? Normalna sprawa! Kto może, ucieka w chłodniejsze obszary kraju/ świata.

Lato w Andaluzji

42ºC….jak “miło”, ech!

Gdyby nie turyści, to Sewilla wyglądałaby trochę, jak miasto wyludnione po epidemii dżumy. Na ulicach pustki, na drogach brak typowych dla reszty roku korków. Do tego wiele sklepów, barów i tawern zamyka swoje podwoje na cały miesiąc. I tak nie mieliby prawie komu sprzedawać.

Konie i kieliszek wina

Sierpień zaczął się obiecująco. Pojechałam na jeden dzień do Sanlúcar de Barrameda, żeby obejrzeć dość nietypowe wyścigi konne i napić się kilku kieliszków lokalnego wina manzanilla. O tym wydarzeniu pisałam już na blogu dość szczegółowo kilka tygodni temu:

Hipodromem są miejscowe plaże. Na odcinku 2 kilometrów dżokeje popędzają swoje konie wzdłuż atlantyckiego wybrzeża. Trybuny są też dość nietypowe. Oprócz tych klasycznych, ulokowanych tuż przy mecie, widzowie obserwują wyścigi ze swoich plażowych krzesełek i ręczników. Wszystkie gonitwy obywają się przy miękkim świetle zachodzącego słońca. To wszystko sprawia, że atmosfera zawodów jest iście piknikowa.

Wyścigi konne po plaży w Sanlúcar de Barrameda

Wyścigi konne po plaży w Sanlúcar de Barrameda

Cały tekst przeczytacie klikając w następujący link: “Galopem po plaży”. Jeśli macie ochotę przypomnieć sobie za co najbardziej kocham Sanlúcar de Barrameda zapraszam do archiwalnego wpisu “Sanlúcar de Barrameda i krewetki”

2. “Sportowy” sierpień: Śląsk Wrocław vs FC Sevilla

W ramach Ligii Europejskiej doszło do potyczki pomiędzy Śląskiem Wrocław i FC Sevillą. Wynik dwumeczu – 1:9 dla Hiszpanów. A tak się cieszyłam, że będzie okazja podpromować trochę sportowo Polskę w Hiszpanii, a tu takie baty i jeszcze spory skandal po przepychankach między kibicami i rzekomym ataku hiszpańskich policjantów.

W sierpniu miał miejsce dwumecz między FC Sevillą i Śląskiem Wrocław

Nieźle się musiałam tu w Sewilli natłumaczyć, że w Polsce też wiemy, co to jest kulturalne kibicowanie. Znajomych z Polski musiałam za to przekonywać, że to nie jest tak, że hiszpańska policja najbardziej na świecie lubi atakować Bogu ducha winnych polskich fanów piłki nożnej. Tak czy inaczej było sporo zamieszania i dwumecz skończył się sporym niesmakiem.

3. “Sportowy” sierpień: Vuelta a España

Pod koniec miesiąca “powiało wielkim światem” i to tuż pod moim blokiem. Drogą, którą jeżdżę zazwyczaj do najbliższego mi supermarketu, tym razem przemierzyli kolarze uczestniczący w zawodach Vuelta a España.  W zasadzie to aż dwukrotnie zakręcili pod moimi oknami.

Vuelta a España Mairena del Aljarafe

Vuelta a España pod moim blokiem

Razem z koleżanką poszłyśmy kibicować naszym chłopakom, choć czekając na peleton omal nie roztopiłyśmy się z upału na asfalcie. Tym większa chwała, że panowie dali radę dać z siebie wszystko przy 40C lejących się z andaluzyjskiego nieba.

4. Czekając na noc

Sierpień to taki miesiąc, w którym czuję się trochę jak wampir. Jeśli nie jest to absolutnie konieczne nie wychodzę z domu póki się nie ściemni (oczywiście problemem są upały, a nie samo światło). Nie inaczej było w minionym miesiącu. “Barykadowałam się” w moim domowym biurze, włączałam klimatyzację i nie wychodziłam na miasto póki nie zbliżał się zachód słońca.

Najprzyjemniejsze wspomnienia z sierpnia wiążą się z krótkimi wypadami nad ocean (z Sewilli to tylko godzina jazdy samochodem). Mało co sprawiło mi tak dużą przyjemność, jak orzeźwiające mojito wypite przy zachodzącym słońcu w jednym z chiringuitos (czyli barów na plaży).

Chiringuito, czyli bar na plaży

Chiringuito, czyli bar na plaży

W połowie miesiąca wybrałam się razem z M. i M. na podsewilską wioskę, żeby zobaczyć deszcz meteorytów. Gdzieś tam w szczerym polu o północy jedliśmy domowej roboty chłodnik litewski i piliśmy zimne piwo. Po prostu sielanka. Byłoby już zupełnie idealnie, gdyby nie fakt, że nie widzieliśmy prawie żadnej spadającej gwiazdy…

Noc spadających gwiazd

Noc spadających gwiazd

No cóż, sami będziemy musieli sobie zapracować na nasze marzenia. Widocznie gwiazdy nie mają ochoty nam pomóc.

5. Gastronomicznie

W sierpniu miałam okazję uczestniczyć w kilku większych pikniko-grillo-paello-biesiadach. Dawno już nie spędziłam tylu godzin przy stole. Wraz z rosnącą wagą pojawił się pomysł (i potrzeba), żeby dodać do mojego życia więcej aktywności fizycznej. W ramach motywacji zapisałam się do udziału w ćwierćmaratonie, który odbędzie się 27 września w Sewilli. Trzymajcie kciuki, bo póki co czuję, że z moją formą coś kiepsko…

Hiszpańska szynka

Hiszpańska szynka, mmmm, pyszności 🙂

No dobra, wiem, że to śmieszne, ale ja naprawdę się ucieszyłam, gdy zobaczyłam w sewilskim sklepie polskie ogórki kiszone. Tak właściwie to ogórki były niemieckie, ale przyrządzone “w polskim stylu”. U mnie na targu w Bydgoszczy sprzedają smaczniejsze, tak z beczki, no ale nie będę narzekać.

Polskie produkty w Hiszpanii

Polskie ogórki w Hiszpanii pochodzą z…Niemiec

Nigdy wcześniej nie myślałam, że tak bardzo można tęsknić za ogórkami kiszonymi!

6. Tawerny w końcu otwierają podwoje…

Pod koniec sierpnia życie w Sewilli zaczęło wracać do normalności. Choć upały nadal doskwierały, to moje ukochane sewilskie tawerny w końcu zaczęły ponownie funkcjonować. Na dobry początek “jesiennego” sezonu barowego odwiedziliśmy “Quitapesares”.

Uwielbiam to miejsce: za każdym razem, gdy tam przychodzimy, barman stawia nam na stoliku plastikowy baniaczek z winem z pomarańczy. Czasem wystawia nam za niego rachunek, a czasem…nie.

Tawerna w Sewilli

Sewilska tawerna

W Europie Zachodniej kolekcjonuje się te wszystkie kartoniki ze stempelkami, które poświadczają że jesteśmy stałymi bywalcami knajpki “X”. Raz na 10 (czy “ileś tam”) kaw można liczyć na gratisową konsumpcję. Na Południu takie kartoniki nie są potrzebne: kelnerzy doskonale znają swoich stałych klientów. Nie dość, że bardzo często znają ich gusty kulinarne i imiona, to jeszcze sami z siebie wprowadzają takie bardzo naturalne “programy lojalnościowe”. Lubię to!