Seleccionar página
Conil de la Frontera

Komu krabika na podwieczorek?

Dziś przeniesiemy się nad Atlantyk, na Costa de la Luz. Naszym celem jest uroczy kurort Conil de la Frontera położony niecałe pięćdziesiąt kilometrów od Kadyksu. Śmiem stwierdzić, że to właśnie tutaj znajdują się jedne z najładniejszych plaż Andaluzji. Oprócz plażowania można też usiąść w cieniu palmy i… possać gotowaną łapę raka.

Gdy słońce chyli się ku zachodowi i na skórze zaczynają się pojawiać pierwsze oznaki gęsiej skórki, życie Conilu przenosi się z plaż na starówkę.

Wysmarowane olejkiem do opalania tłumy przemieszczają się jak na zawołanie w głąb wąskich uliczek pachnących smażonymi owocami morza i kuszącymi sklepami z pamiątkami.

Plaża w Conil de la Frontera

Zachód słońca nad Conil de la Frontera…widok z plaży

Wakacyjny rytm dnia daje mi się we znaki, więc i ja pakuję ręcznik do torby i zmierzam w kierunku starego miasta. Wystarczy przejść przez ulicę.

Choć wąskie uliczki Conilu w niczym nie przypominają już maleńkiej rybackiej wioski, którą było jeszcze kilkadziesiąt lat temu, to przyjemnie jest wtopić się w ten zrelaksowany hiszpański gwar.

Ciasne, brukowane uliczki ustrojone kolorowymi kwiatami, wakacyjna atmosfera i dobre jedzenie – czego chcieć więcej?

Już miałam zamówić owocowy koktajl, gdy…

– Mamo, mamo! Kup mi ruską łapę! – usłyszałam podekscytowany głos małego chłopca.

Brzmi podejrzanie, prawda? Mama chłopczyka nie wyglądała na poruszoną, więc to musiał być jakiś lokalny przysmak. Żadne barbarzyńskie zachcianki.Zaciekawiona rozejrzałam się dookoła i ze zdumieniem zobaczyłam oblegany przez opalonych Hiszpanów kramik z morskimi stworzonkami przygotowanymi na wynos. Wyglądało trochę, jak budka z lodami, jednak do ssania i lizania były tylko łapy raków i inne potworki pachnące morzem.

Conil de la Frontera

Stoisko z krabami i innymi dziwnymi żyjątkami

Moja ciekawość była większa niż ochota na owocowy deser. Kilka chwil później stałam przed szklanym kramikiem usiłując wybrać kraba, którego następnie…nie umiałam zjeść.

– A może tutkę z camarones? – zaproponował z uśmiechem pan sprzedawca.

Camarones to takie maleństwa przypominające nieobrane z głów i pancerzyków krewetki. Wizualnie nie zachęcają, ale trzeba było spróbować. Podobnie, jak patas rusas – odnóża raka. Pomyślałam, że muszą być smaczne, skoro tyle osob zamiast lizaków wybierało ssanie tych czerwonawych łap.

Conil de la Frontera

A oto i tutka z robaczkami zwanymi camarones

Zadowolona z zakupów rozwinęłam paczuszkę na jednej z ławeczek. Z camarones poszło łatwo, bo połyka się je w całości. W tej trójkątnej tutce wyglądały trochę jak prażony ryż.

Conil de la Frontera

Zabieram się za pałaszowanie krabika

Z rakiem poszło równie gładko. Wystarczy lekko ponadgryzać pancerzykowatą łapę i do ust spływa bialutkie mięsko o całkiem przyjemnym smaku. Gdyby nie skrzypienia pancerzyku, rakową ucztę zaliczyłabym do nadzwyczaj udanych.

Conil de la Frontera

A teraz pora possać łapy raka

Najgorzej poszło mi z krabem. Od czego zacząć? Co się je, a czego nie? Żałowałam, że nie było ze mną znajomych, którzy długie miesiące spędzili w Azji i mieli doświadczenie w tych kwestiach…

Ostatecznie krab pojechał do domu i z pomocą Internetu dowiedziałam się jak go przygotować. Z emocji nie pamiętam, jak smakował…

ps. Macie jakieś podobne doświadczenia gastronomiczne? Co Wam zasmakowało, mimo, że wizualnie zniechęcało?