Seleccionar página
Jak zapewne wielu moich Czytelników zdążyło zauważyć, bardzo lubię porównywać polskie zwyczaje z tymi, które poznaję tu, w Andaluzji. I z reguły okazuje się, że to, co celebruje się, i w jaki sposób się to tu robi, ma niewiele wspólnego z naszym polskim świętowaniem. Żeby tradycji, ale tej mojej, blogowej, stało się zadość, dziś porównam pielgrzymkę do El Rocío z pielgrzymką do Częstochowy, by następnie opowiedzieć o sobotnim pobycie na Dzikim Zachodzie…to znaczy w El Rocío:) Przypominam tylko, że jest to druga część opowieści; kto nie miał okazji zapoznać się z pierwszą, zapraszam tutaj.

Wyobraźmy sobie Częstochowę 15 sierpnia. Jasna Góra. Morze turystów zawitało już do sanktuarium. Najważniejszy dzień dla pielgrzymów z całej Polski. I oto nadchodzi punkt kulminacyjny. Pod obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej staje kilkuset mieszkanców miasta, by na znak, biegiem, skacząc po sobie, depcząc się, przepychając, uderzając łokciami, wziąźć do rąk obraz i nieść go przez kilkanaście godzin po mieście. Są ranni, podeptani, ale wszyscy mają niebywale szczęśliwe miny.

 

Następnie, gdy obraz ´´wędruje´´ już po mieście, rodzice podają w ręce zebranego milionowego tłumu swoje dzieci, które tak od dłoni do dłoni, wędrują do obrazu, dotykają go i…wracają (aczkolwiek, czy już do swoich rodziców, to już nie wiem!) Wędrówce obrazu towarzyszą tańce, śpiewy, płacze…istna mieszanka emocji i wzruszeń. A w samej świątyni: oklaski, krzyki, skandowanie…

Możliwe?

W El Rocío jest to możliwe. I tak właśnie jest w nocy z niedzieli na zielonoświątkowy poniedziałek. Jedyna różnica jest taka, że przedmiotem kultu nie jest cudowny obraz, a figurka, o której pisałam w pierwszej części ´´Czego w Andaluzji przegapić nie można…Pielgrzymka do El Rocío (1/2)´´. Z resztą, sami spójrzcie na ten niezwykły, zadziwiający i dość szokujący filmik.

Tak właśnie wygląda kulminacyjny punkt pielgrzymki do El Rocío...Po prostu każdy chce dostąpić zaszczytu wyprowadzenia figurki na procesję po wiosce. Dla ciekawostki, jest wówczas godzina 3 nad ranem.

*********************************************************************************** 

Do El Rocío przyjechaliśmy koło godziny 15:00. Upał był niemiłosierny, a trasa z parkingu do domu kolegi z bractwa Almonte była dość długa. I wiodła, oczywiście, przez piach…niekończący się piach, który wdzierał się przez bezmyślnie zalożone sandałki (już wiem dlaczego większość pielgrzymów chodzi w skórzanych, kowbojskich kozakach!

Nie było to nic miłego, ale piaskowe męczarnie rekompensowała swego rodzaju zabawa w “uciekanie” przed powozami konnymi, wołami, które ciągnęły bryczki…

 Bo w El Rocío nie ma chodników, nie ma przejść dla pieszych, nie ma utwardzanego nawet najmniejszego kawałka drogi. Idąc przez wioskę na pieszo, trzeba podporzadkować się “regułom dżungli”, czyli uciekać, by nie stratowały nas wesołe, rozśpiewane bryczki,  kłusujące konie i ustrojone woły (tak na marginesie, byłam świadkiem ucieczki byka. Można było poczuć się, jak w Pampelunie. Na szczęście nic nikomu się nie stało).

Kiedy dotarliśmy do domu, kolega o imieniu Rafael powiedział przez telefon (a jednak, komórki tam działają!) że jest u znajomego, i że ´´zaraz będzie´´ (owe zaraz będę okazało się…5-cioma godzinami:)) Teoretycznie więc nie powinno być możliwości wejścia do prywatnego domu. No bo jak? Przecież nikogo tam nie znamy!

I tu pierwsze zdziwienie. Siedzący na ganku ´´współbracia´´ Rafaela od razu zaprosili do środka. I podjęli po królewsku. Albo, jak kto woli, w wersji All Inclusive.

Przez cały czas dbali o to, by niczego nie brakowało…ani krewetek, ani salmorejo, ani czegokolwiek innego równie wyśmienitego do jedzenia lub picia.
Chyba nigdy w życiu nie powiedziałam tyle razy: nie, dziękuję, nie jestem głodna. Po prostu gospodarze domu (co jest tradycją El Rocío), za punkt honoru przyjęli królewskie traktowanie gości, co przejawiało się faszerowaniem największymi smakołykami. Szkoda, że żołądki nie są z gumy…

Cała reszta dnia, aż do późna w nocy spłynęła nam…na właściwie niczym konkretnym. Żadne plany, żadne cele. Żadna telewizja, żaden Internet. Po prostu słodki byt i spontaniczne wypełnianie czasu tańcem (flamenco, a jak!), grą na gitarze, spaniem na kanapie, rozmową i obserwowaniem z westernowskiego ganka przejeżdżających bryczek. O jedzeniu już nie będę wspominać:)

I to było cudowne. Ta umiejętność cieszenia się chwilą, tym że rodzina i przyjaciele (i nieznajomi!!!) są razem. Nikt pijany, żadnej burdy. Za to wszyscy szczęśliwi.

Poczatkowo, gdy dotarlismy do domu i nieco sie posililiśmy, przyszło mi do glowy pytanie: no to jaki jest plan? No tak, te nasze miejskie pędzenie do właściwie niewiadomo czego. W El Rocío nie ma planów (za wyjątkiem kilku w ciągu tygodnia elementów kultu religijnego, jak choćby procesja figurki po wiosce). W El Rocío się jest i to jest najważniejsze. Smakuje się każdą chwilę.

W ´´naszym domu´´, w którym nie znaliśmy właściwie nikogo, a zamieszkiwany był przez ponad 25 osób, życie toczyło się nadwyraz leniwie: a to ktoś brzdąkał na gitarze, a to poszedł umyć osiołka…A to podano pyszny słodki rum i towarzystwo zaczęło spontanicznie wystukiwać rytmy rumba sevillana

Powiecie: no i co tam takiego przeżyłas? Bardzo wiele. Bo już bardzo dawno nie widziałam ludzi cieszących się po prostu byciem razem, niespieszących się nigdzie, przeszczęśliwych z najprostszych rzeczy, żadnych wielkich ´´atrakcji´´ tego świata.

Zanim wróciliśmy po połnocy do Sewilli, w “naszym domu” w El Rocío rozpoczęła się prawdziwa zabawa. Na ganeczku, gdzie jeszcze o 15:00 nie dało się usiedzieć z powodu upału, zebrał się tłum: domowników i przyjaciół, by wspólnie pośpiewać i potańczyć. Był i zespół flameco, była gitara, śpiew i odgłosy podobnych zabaw dochodzący z pobliskich domów.

Nie przegapiliśmy też odwiedzin w bazylice El Rocío. Odbywały się wówczas prezentacje wszystkich bractw przybyłych do wioski, połączone z mszą. I znów ten kontrast…a tu ktoś się radośnie śmieje, a tu ktoś płacze, a tam znów klaszcze w dłonie rytmiczą pieśń ku Matki Boskiej z El Rocío.