Seleccionar página

Od samego rana wszystkie znaki na niebie wskazywały, że będzie to niezykle upalny dzień. Podczas, gdy w Polsce szaleją powodzie, tu, w Andaluzji, zdążyliśmy już zapomnieć o wiosennych deszczach i siłą rzeczy musieliśmy przestawić się na temperatury +35C w cieniu…A to dopiero maj. Gdzie tam do lipcowo- sierpniowej spiekoty siegajacej niekiedy 46C.

W każdą inną równie upalną sobotę prawdopodobnie nie pomyślałabym nawet o wyjściu z domu. W grę wchodziłby ewentualnie wyjazd na plażę.  Jednak tamten weekend (21-23.05) zapowiadał się tak niezwykle, że nie można było go przegapić chłodząc się w klimatyzowanym pokoju. Jak prawie milion (!) Hiszpanów, pojechałam do wioseczki El Rocío w andaluzyjskiej prowincji Huelva, gdzie akurat odbywały się obchody jednego z najbardziej niesamowitych świąt naszego kontynentu.

O wiosce tej pisałam już kilka miesięcy temu (pełen tekst znajdziesz tutaj). Pisałam wtedy: “El Rocío to przede wszystkim miejsce, do którego w maju zjeżdża sie ponad milion rozśpiewanych rytmami flamenco pielgrzymów z całej Hiszpanii i innych europejskich krajów. Zjeżdżają się z resztą nie tylko samochodami, ale przede wszystkim ukwieconymi bryczkami i końmi, by następnie przez cały tydzień (!) świętować przybycie do tego maryjnego sanktuarium, tańcząc, śpiewając, jedząc i modląc się”.

W El Rocío byłam już chyba z dziesięć razy. I za każdem razem ta wioska zdumiewa mnie dogłębnie. Zdumiewa równie mocno fakt, jak niewielu trafia tam turystów. Owszem, czasem można zobaczyć kogoś z aparatem i plecaczkiem, ale są to widoki dość rzadkie.
To, co jednak można zobaczyć i przeżyć podczas corocznej pielgrzymki, ciężko jest opisać słowami. Jedno jest pewne, tak radosnego, spontanicznego, barwnego pielgrzymowania, nie widziałam jeszcze nigdy w życiu.

Zanim jednak napiszę, cóż niezwykłego spotkało mnie tamtego dnia w El Rocío, krótkie wprowadzenie do tematu…

El Rocío jest niewielką, cichą i opustoszałą wioseczką, którą zamieszkuje zaledwie 1600 osób (proszę sobie więc wyobrazić ten pielgrzymkowy tydzień, gdy z 1600 osób, liczba osób przebywająca w wiosce wzrasta do miliona). Znajduje się na skraju Parku Narodowego Doñana, gdzie przy odrobinie szczęścia można zobaczyć różowe flamingi, dzikie konie, rysie, czaple i…setki bocianów (ciągle się zastanawiam, dlaczego bocian jest symbolem Polski, gdy w Andaluzji jest ich dużo więcej niezależnie od pory roku…).

El Rocío to wioska absolutnie niepasująca do XXI wieku, całego rozwoju cywilizacyjnego, codziennego, miejskiego pędu i stresu. Ulice są nieutwardzane, domy zbudowane są w stylu kolonialnym sprawiając wrażenie, że jest się na planie filmu o Dzikim Zachodzie (każdy dom ma specjalne barierki do przywiązania konia, jako że transport ´´konny´´ jest najbardziej popularną formą poruszania się po tym miejscu).

Wioska została założona w 1834 roku. A wszystko zaczęło się od pewnej niesamowitej historii…Pielgrzymka, która ściąga około miliona osób każdego roku, nie miałaby miejsca, gdyby w XVII wieku pewien myśliwy z okolic Almonte, nie znalazł figurki Matki Boskiej usytuowanej w koronie drzewa. Myśliwemu bardzo spodobała się ta figurka i w związku z tym postanowil ją zabrać ze sobą do domu. Po drodze jednak…zasnął, a gdy obudził się, rzeźba, w niewytłumaczalny logicznie sposob, ponownie znajdowała się w koronie drzewa.

W miejscu, gdzie rosło owe drzewo, wniesiono Ermitę, bazylikę Najświętszej Maryi Panny z El Rocío. Obecnie, każdego roku, dla uczczenia cudownej figurki, w Zielone Świątki odbywa się wyjątkowe święto zwane Romería del Rocío, czyli Pielgrzymka do El Rocío. Pielgrzymi przychodzą z całej Hiszpanii, a nawet z poza jej granic. Pogrupowani są w bractwa liczące od kilkunastu do kilku tysięcy członków. W zależności od lokalizacji bractwa, pielgrzymka może trwać od kilku godzin, dni, do nawet kilku tygodni. A idzie się pieszo, jedzie się na koniu, bądź jedzie się bryczka. Bryczki te przypominaja niekiedy westernowe dyliżansy; co ciekawe, miewają często fikuśne ozdoby, doniczki z kwiatami, albo…żaluzje antywłamaniowe! W środku takich dyzliżansów znajdują się materace i wszekie inne wygody, by w spokoju przespać noc na trasie.

Pielgrzymi, większość trasy przemierzają w tradycyjnych andaluzyjskich strojach przypominających te z Ferii de Abril (kobiety: stroje flamenco, a mężczyźni typowe, obcisłe traje corto). Po drodze jednak śpiewają (i to niekoniecznie tylko pieśni religijne, choć jeśli, zawsze w typowych rytmach południowohiszpańskich), tańczą sevillanas, a wieczorami bawią, jedzą i piją.

W samej wiosce pielgrzymi przebywają przez kilka tygodni, kilka dni, bądź tylko weekend (głównie zależy to od odległości, która muszą przebyć). Kulminacyjnym punktem jest weekend:  sobota, niedziela i zielonoświątkowa noc z niedzieli na poniedziałek. Wówczas, zwykle senna wioska, przeistacza się w prawdziwy ul.  Śpiewom, tańcom, zabawom i…modlitwom nie ma końca, co niestety nie wpływa dość dobrze na zwierzęta zamiekszujące pobliski Park Narodowy Doñana…

Imprezy, podczas tego weekendu/ tygodnia odbywają się w wynajętych przez bractwa mieszkaniach. Zwykle mieszka w nich po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt osób. Jeszcze przed pielgrzymką, osoby takie składają się po około 500€- 1000€, co gwarantuje zakwaterowanie oraz catering.