Seleccionar página

Pobudka o piątej rano jakoś nigdy nie kojarzyła mi się specjalnie z wakacjami. Jednak tamtego, lipcowego dnia było inaczej. Chyba już od trzeciej nad ranem spoglądałam na budzik w oczekiwaniu na brzęczący dzwonek oznajmiający początek wakacyjnej, andaluzyjskiej przygody po wschodzie regionu.

Wschód regionu o którym piszę, to tzw. Costa de Almeria, Wybrzeże Almerii, obszaru o najpiękniejszych i najmniej obleganych plażach, cieplutkim morzu śródziemnym, księżycowym i pustynnym krajobrazie, który stał się scenerią dla… setek filmów o Dzikim Zachodzie!

Pamiętacie takie filmy, jak “Winnetou”, “Lawrence z Arabii”, czy Indiana Jones- ostatnia krucjata”? A wiedzieliście, że w Andaluzji znajduje się największa w Europie pustynia? To właśnie ona przyciąga filmowców z Hollywood. A potem my, w kinach, myślimy, że jesteśmy wraz z bohaterami na Dzikim Zachodzie:) A tak na prawdę przenosimy się do Andaluzji!

W sumie, na pustyni Almerii, nakręcono ponad 280 filmów, przede wszystkim westernów, w tym najbardziej znanych, w których grał Clint Eastwood. Miejscowi biznesmeni podkupili od Hollywoodzkich producentów scenografie i teraz już każdy turysta może za kilkanaście euro wejść do parków rozrywki w stylu Dzikiego Zachodu i wypić tequilę w drewnianym saloonie (no cóż, miejsce dość komercyjne, ale mimo wszystko, ciekawe przeżycie).
Na Wybrzeże Almerii ciągnęło mnie od dawna, ale jakoś nigdy nie było okazji. Wiedziałam jednak, że to jeden z najciekawszych przyrodniczo miejsc Andaluzji. Nie ma co prawda wiele zabytków do zwiedzania, ale kontrastująca przyroda rekompensuje wszystko. Masowa turystyka jeszcze tam nie dotarła, więc jeśli chcecie wypocząć na złocistej plaży i nie martwić się o miejsce na ręcznik i leżaczek, Costa de Almeria jest idealnym miejscem.

Plan był taki: ruszamy z Sewilli skoro świt, kierujemy się na Grenadę (około 2h drogi), jemy tam śniadanie, ruszamy dalej na południowy wschód, by po kolejnych 150 km dotrzeć do turystycznego kurortu Almerimar.

Będąc w Granadzie, koniecznie trzeba odwiedzić Alhambrę. My jednak, tym razem wybraliśmy inną “atrakcję” tego miasta….piononos! Wiecie już, że uwielbiam śniadania i degustacje lokalnych potraw. Nie mogłam więc odmówić sobie przyjemności i nie spróbować granadzkiej specjalności podawanej na śniadania. Pionono, to coś w rodzaju malutkiego biszkoptu, wypełnionego kremem i polanego skarmelizowanym cukrem. Biszkopty serwowane są tylko w kilku cukierniach miasta, a swoją nazwę zawdzięczają…papieżowi Piusowi IX (Pio- od Pius, Nono- od dziewięć po łacinie), który podobno uwielbiał te biszkopty. Palce lizać!

Z Grenady ruszamy dalej, pozostawiając też w tyle ośnieżone szczyty Sierra Nevada. Był środek lata i jakoś nie pasował mi ten śnieg do krajobrazu, ale w końcu wiele z tych szczytów znajduje się na wysokości ponad 3000 m.n.p.m! 

Krajobraz zmienia się na coraz bardziej pustynny…Mkniemy po serpentynach góra-dół, góra-dół. Aż nagle…widzimy morze. Morze plastiku!!!
To oznaka, że dotarliśmy do prowincji Almerii. Przed nami okropne szkaradztwo!!! To morze plastiku to nic innego jak tysiące namiotów- szklarni, gdzie hoduje się przede wszystkim pomidory. Podobno można tu wyhodować pomidory każdego koloru i każdego kształtu, o mniejszej zawartości witamin, niż plastikowy kubek z Coca Colą. Brr!!!
Bardzo ciekawe jest kolejne zdjęcie: jest to zdjęcie satelitarne, które można obejrzeć dzięki Google Maps. Jak widać, ta biała plama obok Almerii to…plastik, plastik, plastik…
 Na szczęście tylko zachodnia część prowincji jest tak koszmarna. Reszta regionu jest już tryumfem przyrody nad plastikiem. Ale o tym…w kolejnej części relacji!!

————————————————————————————————————-

Jeśli szukasz praktycznych porad odnośnie podróżowania po Andaluzji, może zainteresować Cię nowy dział na moim blogu: FAQ, czyli Andaluzyjska Informacja Turystyczna, w której odpowiadam na najczęściej zadawane przez Was pytania związane z tym zagadnieniem.