Seleccionar página

Zastanawialiście się kiedyś, jaka jest zależność między wyglądem jedzenia, a jego smakiem? W Andaluzji ostatnio miałam wrażenie, że im brzydsze danie, tym…lepszy smak. I wcale nie mam na myśli tego, że mało który andaluzyjski kucharz przejmuje się eleganckim i kreatywym podaniem jedzenia, ale o same produkty…brzydkie z natury.

Najlepszym przykładem jest to owo stworzonko ze zdjęcia obok (rybka zwana rape, zwana przeze mnie “wielkim glonojadem”). Urodą nie grzeszy, a na talerzu…palce lizać! Nie znam brzydszej ryby, ale też nie znam drugiej równi smacznej, wewnątrz bialutkiej, soczyście kruchutkiej, komponującej się wyśmienicie z pieczoną, zieloną papryką.

W moim prywatnym rankingu, drugie miejsce pod względem brzydoty i zarazem wyśmienitego smaku zajmuje małża z wystającymi…wodorostami.
Oczywiście nikt małży specjalnie nie nadziewał zieleninką. Biedne żyjątko najprawdopodobniej zostało złowione z zaskoczenia z “jedzeniem w ustach” i tak też zostało mi podane. Na samym początku nie miałam zamiaru jej nawet spróbować (wodorosty pachniały jakoś tak…brzydkawo!), ale po dłuższym namyśle, małża i jej obiad wylądowały u mnie na widelcu. Smakowało wyśmienicie!
Trzecia historia jest nieco wstydliwa. Bo kiedyś…dawno temu, oczywiście z niewiedzy, zjadłam krewetkę z…pancerzykiem (dzięki Bogu wpadłam na to, żeby ukręcić przed zjedzeniem główkę z wyłupiastymi oczkami)!
I tym sposobem, zamiast obiecywanego “nieba w gębie”, skrzypiało, chrzęściło, a w smaku było jakoś tak mało wyśmienicie. “Nie lubię krewetek”- stwierdziłam!
Zdanie to powtarzałam przez długi czas, aż do momentu, gdy zdałam sobie sprawę, że obrane krewetki to sprzedają tylko w Polsce, a w Hiszpanii na kulinarne rozkosze trzeba zasłużyć obierając żyjatko z pancerzyka. Obrana krewetka, to już istna ambrozja. Co tam, że wygląda jak różowawy karaluch! Przy dobrym psychicznym nastawieniu mamy szanse na na prawdę niezapomniane gastronomiczne wrażenia!
Skusilibyście się na lizaka o smaku…raka? No, nie dokładnie jest to lizak…
Od jakiegos czasu rozsmakowałam się w…nóżkach rakowych (wyjątkowo mało apetyczny przysmak!). Sprzedaje się je na straganikach na ulicy: biegnącym na autobus, spacerującym z pieskiem, idącym do pracy. I rzeczywiście można zobaczyć wielu ludzi z rakowymi nóżkami w dłoniach niczym z lizakami chupa chups!
Wielu moich znajomych, podczas wizyty w Andaluzji nie zdecydowało się na owoce morza właśnie przez mało zachecający wygląd.
Tak, wiem…czasem na prawdę trzeba mieć mocne nerwy, by nie uciec od stołu…Mimo wszystko, zachęcam do eksperymentowania…szczególnie w Andaluzji, gdzie ryby i owoce morza są świeżutkie i wyśmienite!