Seleccionar página
Zaczęło się obiecująco. W tamto ciepłe, niedzielne popołudnie, aż chciało się wyjść z domu i spędzić czas na świeżym powietrzu. Na godzinę przed korridą, przed imponującą areną walk byków w Sewilli kłębiły się tłumy. Byli panowie w drogich garniturach, eleganckie panie i japońscy turyści ściskający w dłoniach swoje aparaty. Atmosfera była tak podniosła, że można było pomysleć, że idziemy do opery. Jednak nie. Przed nami walka na śmierć i życie. Ponad dwie godziny imprezy z cieknącą krwią w tle.

Wdrapuję się na trybunę. Czuję się lekko pogubiona w tych wszystkich oznaczeniach miejsc, ale w końcu trafiam na miejsce. Okazuje się, że miejscówka, którą mam dzięki uprzejmości kolegi z pracy jest jedną z lepszych na sewilijskiej arenie. Bardzo blisko znajduje się loża honorowa, gdzie raz na jakiś czas zasiada nawet sam król Hiszpanii.

Widok na arenę doskonały, mały daszek doskonale chroni od wciąż palącego słońca. Najbardziej jednak spodobało mi się, że mam przed sobą widok na Giraldę-mauretańską dzwonnicę, zarazem symbol Sewilli.
Ciagle jest miło i przyjemnie. Podniosła atmosfera przeplata się z odgłosem chrupanych słoneczników i krzykami rozemocjonawanych widzów obstawiających wyniki walki.
Piąta po południu. Zaczyna się korrida.
Na wściekle żółty kolor piach areny wychodzi trzech dumnych matadorów. Każdy z nich zmierzy się dziś z dwoma bykami. Wiele osób myśli, że korrida, to jeden byk kontra jeden matador. Tak na prawdę w ciągu jednej imprezy walczy 3 matadorów. W sumie ma się dziś polać krew aż 6 byków!
Kolorowo ubrani matadorzy wychodzą w towarzystwie swoich pomocników. W ekspresowym tempie, podczas prezentacji matadorów dowiaduję się, że nim dojdzie do właściwej korridy, na arenie wystapią też pomocnicy matadora. Niektórzy dosiądą konia (tzw.”picadores”). Inni zmierzą się z bykiem stojąc “oko w oko” (tzw. “banderilleros”).
Cała gromadka staje przed lożą honorową. Przyglądam się tym chłopakom i zastanawiam się: dlaczego akurat korrida? Czemu nie piłka nożna? Co decyduje o tym, że kilkuletni zazwyczaj już chłopcy (rzadziej dziewczynki) decydują się zostać toreadorami? Sława? Tradycja rodzinna? Pieniądze? Muszę się kiedyś wgłębić w ten temat…
Matadorzy i ich ekipy (zwani “toreros”) wyginają się i kłaniają przed sędzią zawodów. Wszyscy okryci są “capa”, czyli charakterystycznym płaszczem przewieszonym przez prawe lewe ramię. Stoją tak chwilkę przed lożą honorową, aż sędzia (zwany “prezydentem”), wywiesza białą chustkę na znak, że można zaczynać. Trębacze, którzy również znajdują się na arenie, dają sygnał do rozpoczęcia.
Zafascynowana przyglądam się temu, co się dzieje na arenie. Trzeba przyznać, że kolory strojów i płacht, dźwięki trabki i rytuały związane z prezentacją robią wrażenie. Na Maestranzy (nazwa areny walk byków w Sewilli) czuć już wśród publiczności coraz bardziej nerwowe napięcie.
“A co tu robią te cztery osiołki z czymś w rodzaju pługa?”– pytam, zdziwiona obecnością na arenie ustrojonych kolorowo zwierzaków.
“To muły”– słyszę- “To one będą ściągać z areny matrwe byki”.
No tak. Pora zejść na ziemię. Zafascynowana kolorami, odgłosami i atmosferą, zapomniałam, że już wkrótce będziemy świadkami krwawej, nierównej walki na śmierć i życie…Zaczynam żałować, że jednak postanowiłam się wybrać na korridę. Od małego chciałam pracować w “Animalsach”, z ulicy zgarniałam wszystkie możliwe zwierzaki, a teraz…siedzę z paczką słoneczników na korridzie. Z drugiej jednak strony, nie lubię krytykować czegoś, czego nie znam. Może jednak korrida na żywo, faktycznie okaże się  obiecywaną przez jej zwolenników sztuką, a nie tylko brutalną rozrywką?
Zaczyna się. Drewniane drzwiczki po lewej, nasłonecznionej części areny otwierają się. Wybiega byk. Kiedy zdezorientowany, zaczyna nerwowo krążyć po arenie, robi mi się żal. “Słabo widzę te najbliższe dwie godziny”-pomyślałam. Jak się okaże, dwóch godzin nie wytrzymam.
Na arenie, wraz z bykiem pozostał jeden z pomocników matadora. Wyciąga swoją różową płachtę i próbuje zainteresować zwierzę. Reakcje byka na ruchy płachty obserwuje matador. W ten sposób szacuje jego refleks i poziom agresji. Nie jest jeszcze tak najgorzej. Póki co, obywa się bez krwi. Toreador prezentuje róże figury: gdy byk atakuje, mężczyzna robi unik ciałem, byk uderza głową w płachtę, a matador obraca się wokół własnej osi.
Ten łagodny początek nie trwa długo. Kolejny odgłos trąbki oznacza otwarcie pierwszej części walki. Na arenę wkraczają “picadores”, jeźdźcy z dzidami na opancerzonych koniach. Ich zadanie polega na wbiciu lancy o stalowym ostrzu w kark byka.
Toreadorzy podprowadzają byka swoimi płachtami do kolegi na koniu. Ten zamierza się i wbija lancę w kark. Kiedy ostrze lancy wbija się w zwierzę, słychać głuche, stłumione sapnięcie. Ten odgłos był chyba jeszcze gorszy niż widok- pierwsze ściekające z byka strużki krwi. Teoretycznie widziałam w TV kilka migawek z korridy, ale nie przypuszczałam, że siedząc na arenie, widać i słychać zdecydowanie więcej. Dużo za dużo, jak na moje nerwy.
Odwracam głowę. Spoglądam na trybuny, na reakcje widzów. Kilka skrzywionych twarzy, reszta skupiona na widowisku. Szokuje mnie grupka widzianych wcześniej japońskich turystów- absolutnie zafascynowanych tym, co się dzieje. Zaczęłam się zastanawiać, na ile przetrwała korrida ze względu na turystów? Jak można traktować coś takiego, jak atrakcję turystyczną? Widocznie można…
Kończy się pierwsza część. Mam już dość, ale jakoś się trzymam. Wychodzą “bandilleros”. Ich zadaniem jest wbić w kark byka drewniane pałki owinięte kolorowym papierem, posiadające na końcach stalowe, zgięte haki.
Robi się dość niebezpiecznie. Byk jeszcze nie osłabł. Wręcz przeciwnie, rozjuszony po spotkaniu z jeźdźcami na koniach wydaje się teraz dużo bardziej pobudzony. “Bandilleros” mogą stać się łatwym celem byka. Do tej pory zwierzę atakowało tylko płachty lub konie. Teraz jego celem może stać się człowiek. Mimo wszystko nie umiem docenić tej odwagi. Coraz częściej pojawia się w głowie myśl o wyjściu z areny. Tą chęć potęgują kolejne pchnięcia metalowymi hakami w kark. Krew zaczyna się lać już dość ostro, plamiąc na czerwono kark i okolice tułowia. Znów te głuche odgłosy. Na trybunach cisza.
Byk jest już nadziany hakami, jak jeż. Koniec drugiej części. Trąbka gra. Pora na punkt kulminacyjny tej walki: pojedynek byka z matadorem.
Matador nie ma już płachty, tylko tzw. muletę, znacznie mniejszą, wściekle czerwoną chustę z żorżety. Przy pomocy drewnianej szpady rozwija materiał i wykonuje przed pokrwawionym bykiem serię brawurowych figur, chcąc jakby udowodnić swoją odwagę i wyższość. Byk przemyka bardzo blisko ciała matadora. Ten, niewzruszony niemal nie rusza się z miejsca. Podczas każdej spektakularnej figury, z trybun słychać coraz głośniejsze “Ooolé”!
Nim zdążyłam się dobrze zorientować, matador wyciagnął stalową szpadę i wbił ją w okolice rdzenia kręgowego byka. Dało się usłyszeć ostatnie chrapnięcie, sapnięcie i byk pada martwy na ziemię. Nie wierzę w to, co oglądam. A jeszcze bardzie w to, co słyszę: wiwaty, okrzyki zadowolenia, uznania, radości. Mam łzy w oczach. Widocznie nie rozumiem…”sztuki”…
Na arenę wkraczają przystrojone muły, które ściągają żałośnie wyglądającego, pokrwawionego byka. Pakuję wyciągnięte wcześniej z torebki gazety i słoneczniki i zbieram się do wyjścia. Pozstało jeszcze pięć walk. Ja już nie mam ochoty na więcej. Nie. Już nie. Nigdy nie.
Ze złością pomieszaną ze smutkiem opuszczam arenę. Widzę zdziwione twarze mijanych ludzi. Nie odzywam się, chcę tylko wyjść, byle dalej…