Seleccionar página
Poniedziałek, 12 lipca 2010 r. Dzień po historycznym zwycięstwie Hiszpanii na Mundialu w RPA. Z samego rana dzwoni moja siostra: – Jak tam dzień wolny? – Jaki dzień wolny? – A to w Hiszpanii nie ma Święta Narodowego z okazji zwycięstwa na Mundialu? -E, no nie…

Nie, nie było po wygranym meczu dnia wolnego, przynajmniej nie oficjalnie. Ale nie był to też taki zwykły, szary poniedziałek. Tego dnia wszystkie drogi prowadziły do Madrytu. Z ciekawości sprawdziłam pociągi z Sewilli do Madrytu i wszystkie miejscówki na poniedziałkowe popołudnie były już wykupione.

Jeśli wierzyć doniesieniom medialnym, do stolicy Hiszpanii, na powitanie pilkarzy przyjechało z wszystkich zakątków kraju około miliona osób! Niemal wszystkie stacje telewizyjne nadawały od południa do północy relację z przylotu piłkarzy do Madrytu.
Prawdziwe święto futbolu. Aż miło było popatrzeć na te szalejące czerwono- żółte tłumy. Tym bardziej, że Hiszpanie umieją się bawić jak mało kto.
To były niesamowite mundialowe dwa dni. Historyczne. I cieszę się, że mogłam  tutaj być i przeżyć te emocje z bliska!
A Ty, komu kibicował-eś/aś w finale Mundialu?
Komu kibicował-eś/aś podczas finału Mundialu?
Viva España!!!!!!!!!
No pewnie, że Holandii!!
San Marino

Zdjęcia: www.marca.com